Wpisy z tagiem: heartland lace shawl
niedziela, 21 lutego 2010
Złote myśli Jako nastolatka, miałam zeszyt, w którym zapisywałam ulubione wiersze, złote myśli, itp. Niektóre do dziś pamiętam, np.: Cóż nas obchodzić winny nieszczęścia? Albo one miną, albo my miniemy. Na razie stan przejściowy, nic nie mija: ani nieszczęścia, ani ja. A oprócz tego: Jeszcze kilka dni temu, gdy otwierałam drzwi wejściowe, na dzień dobry musiałam pokonać taką zaspę:
Miałam nosa, że nie uwierzyłam prognozom i uwieczniłam to na zdjęciach - wiedziałam, że skoro poczułam wiosnę, znaczy idzie (teraz to świergoczą o tym i ptaki, ale kilka dni temu brzmiało to jak herezja).
W tym tygodniu wypadał kolejny weekend z Gumisiem.
Ostatnie dni zimowej laby, gdy drutkowanie przy kominku, nie odbywa się kosztem ogrodu. Skończyłam chustę. Tak jak przewidywałam, nie starczyło na cała przewidzianą we wzorze bordiurę (na swoim blogu Kruliczyca wytknęła używanie językowego anglokoszmarku, czyli "borderu" i obiecałam sobie, że się poprawię), starczyło tylko na wersję mocno okrojoną. Kaśka skończyła kamizelkę Tunic vest z zimowego Vogue Knitting - miała świetny pomysł by wykończyć ją plisą ze ściągacza, ale wykończenie woła o pomstę do nieba.
Na krzesłach kupiona kiedyś na Śniadeckich gobelinowa wełna. Miał być z niej był Maggie Kim Hargreaves, ale wykończenie dołu wymaga innej wełny, nie takiej sztywno-żakietowej. Wybrałam więc jej inny jej sweter Thea (ten po prawej)
Wyliczenia we wzorze nie pasują i będę musiała wszystko przeliczać. Najgorzej może być z rękawami (są klasyczne, takie z główką). Robić będę tylko w domu, bo z takim kłębkiem nigdzie się nie ruszę.
Dwa miesiące przed terminem wygaśnięcia umowy przedłużyłam umowę na Neostradę - miałam już serdecznie dosyć ich namolnych akwizytorów. Teraz goni mnie Plus. A ja po raz pierwszy nie wiem co wybrać - żadna komórka mi się nie podoba. Gumiś zachwala Blackberry, ale Plus ma tylko w wersji full wypas, czyli cenowo trudnej do przełknięcia, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, któremu gubienie komórek nie obce. Gdzie indziej są wprawdzie dostępne i tańsze wersje, ale o ile nie przekonałam się do komórki w roli odtwarzacza mp3, to jako aparat czasami się przydaje.
niedziela, 14 lutego 2010
Szczyt malkontenctwa W związku ze zbliżającą się wiosną odkryłam, że wcale nie chcę by nadeszła, jakoś nie tęsknię do robót polowych. Przyniesienie drewna do kominka zabiera mi dwie godziny tygodniowo i gdy wreszcie udało mi się odspawać od Pająka, odkryłam, że z tym czasem dla siebie nie jest tak źle. Nie przeszkadza mi też śnieg - na mojej ulicy nie ma asfaltu, ani chodnika więc nie muszę odśnieżać (do płotu przedzieram się przez takie zaspy, że potem wszędzie jest już łatwo).
Przeczytałam cudowną książkę: Dom na Kresach Powrót. Napisana jest tak pięknym i sugestywnym językiem, że gdy tylko weźmie się ją do ręki, nawet w zatłoczonym, przegrzanym wagoniku podmiejskiej kolejki, zapomina się o bożym świecie.
Sąsiadką żyjącego w Kornwalii Philipa Marsdena była Zofia, z domu O'Breifne. Gdy uciekała przez Litwę przed wojenną zawieruchą z rodzinnego domu nad Niemnem, miała 17 lat. Po 1989 roku odbyła, razem z autorem tej książki, podróż sentymentalną na Białoruś. Książka jest relacją z tej podróży, przetykaną opowieścią o polskich Kresach, matce Zofii - Helenie, rodzinie O'Breifne i dworze w Matuszkach. Zofia przypominała mi moją babcię, która też pochodziła z Kresów i podobnie jak ona, nie raz straciła wszystko, a historia zafundowała jej sporą dawkę dramatycznych przeżyć - mimo tego była jedną z najbardziej pogodnych osób jakie znałam. Zaczynam podejrzewać, ze kiedyś ludzi robili z innej gliny. Ale świat nie jest też aż tak bardzo inny. Wprawdzie, gdy matka Zofii, Helena wychodziła za mąż: Ciotka Anna miała Helenie wiele do powiedzenia. - Wiesz gdy chłopcy kończą 18 lat, ojcowie posyłają ich do pewnych kobiet. Wkrótce się przekonasz, jakich barbarzyńskich nawyków tam nabierają.
A jej noc poślubna wyglądała tak: Adam wszedł do pokoju Heleny ubrany w nocną koszulę. Usiadł na łóżku i pocałował żonę. Odpowiedziała mu tym samym i pożegnała się grzecznie: - Dobranoc Adamie. - Uklękli do modlitwy. On jeszcze raz pocałował żonę w czoło i poszedł do siebie. Ale gdy po urodzeniu pierwszego dziecka, Helena zachorowała na płuca i doszła jakoś do siebie dopiero po półrocznym pobycie w Rabce lekarze orzekli, że nierozsądne byłoby mieć więcej dzieci: Uznała we własnym sumieniu, że antykoncepcja jest dozwolona. Ratuje przecież jej życie i pozwala się opiekować Zofią. Odpowiedź jaka przyszła z Rzymu, była jednak jednoznaczna: "Żołnierz umiera na polu bitwy, a kobieta w połogu". Przypomniałam sobie o tym fragmencie, gdy na blogu Sylwii Chutnik pisząc o Anecie K, wspomniała i o Alicji Tysiąc. Tak zirytowało mnie postawienie tych dwóch kobiet obok siebie, że aż zabrałam głos. To jak przedstawia się "sprawę Anety K." wyjątkowo mnie irytuje i tak jak napisałam w komentarzu na jej blogu, jest to jeden ze sztandarowych powodów, dlaczego feminizm jest jedną z kilku bliskich mi idei, które gwałtownie tracą wdzięk, gdy widzę jak są uprawiane w publicznej przestrzeni. W tej sprawie bardzo nie zgadzam się z S. Chutnik. A czytam właśnie jej najnowszą książkę Dzidzia i powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, to mało. Z szalem trochę "przekombinowałam" - ten drugi miał być o jeden motyw krótszy, więc doszłam do wniosku, że spokojnie starczy mi wełny gdy zrobię go na o pół numeru większych drutach.
Po zrobieniu tzw. body nie mam złudzeń, na border nie starczy. Mogę dokupić na Allegro kolejny kłębek wełny, ale znów zostanie mi prawie cały "wolny", a zabrałam się za ten szal właśnie dlatego by to co zostało po zrobieniu szala dla Anki nie było kolejnym eksponatem w muzeum włóczek. Z drugiej strony, przewidziany w tym wzorze border wyjątkowo do niego pasuje.
To skomplikowane: 10 lat po rozwodzie, byli małżonkowie nawiązują romans. On ma sporo młodszą żonę, nią interesuje się pokiereszowany po niedawnym rozwodzie architekt. Chociaż wiedzą, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, coś jeszcze ich do siebie ciągnie.
Film reklamowany jest jako komedia romantyczna dla 50+. Dzięki takiej reklamie zawiedzeni mogą być zarówno ci, którzy przyszli na komedię romantyczną - momentami mało śmiesznie, jak i ci, którzy przyszli na film o problemach emocjonalnych 50+, bo niektóre gagi delikatnie mówiąc są "lekko nieświeże". Ale po pierwsze jest Maryl Streep - jak zawsze klasa sama dla siebie. W dodatku z rewelacyjnym w tym filmie Alec Baldwinem. Dla nich samych warto pójść. Po drugie momentami film bardzo prawdziwy (i smutny). Patrząc obiektywnie może i trochę zmarnowany temat. Ale ponieważ jestem targetem tego filmu - bardzo mi się podobał. W ramach tego, że to jest "complicated", pani w kasie zapytała dla kogo kupuję drugi bilet (z okazji Walentynek przewidziane były drobne prezenty, inne dla chłopców, inne dla dziewczynek) - nie potrafiła ukryć zdumienia, gdy odpowiedziałam, że dla byłego męża. Zobaczyłam też nagrodzony w Cannes Fish Tank
15-letnia bohaterka, żyje razem z matką i młodszą siostrą w betonowych slumsach. Poznajemy ją w momencie gdy zrezygnowała z chodzenia do szkoły i wchodzi w świat dorosłych. Wszystko wskazuje na to, że powtórzy los matki - wykluczonej, na zasiłku, rozpaczliwie szukającej miłości. Powoli mam dość filmów o pokazujących w ten sam sposób zagubionych brzydkich ludzi, brzydko żyjących, w brzydkich osiedlach. Film przypominał mi Import - Eksport, tyle że nie zrobił już na mnie takiego wrażenia.
niedziela, 31 stycznia 2010
Bardzo długi wpis o wszystkim Niedawno zalała mnie lekka złość (pomieszana z zazdrością) gdy przyjrzałam się bliżej sieci AA, temu jak sprawnie działa, jak jest atrakcyjna i dostosowana do potrzeb swoich klientów. Teraz odkryłam kolejny system, który działa w tym kraju bez zarzutu - domową opiekę paliatywną. Dla całej reszty, bez takich ekstremalnych problemów, jedyną ofertą jest codzienna transmisja z sejmowych komisji śledczych. Referendum w mojej gminie, tak jak się spodziewałam, nie wypaliło - ludzie nie poszli głosować. Dziwię się, bo powodów by się wściekać na "wadze" na pęczki. i chociaż w ten sposób można by im trochę przytrzeć nosa. Chociażby za dojazdy:
PKP twierdzi, że to wszystko dlatego, że brakuje im taboru. Ale na to by jeździł specjalny pociąg, który jak rusza z Wwy zatrzymuje się dopiero na stacji za Grodziskiem Mazowieckim (mieszkają tam znajomi Władcy Mazowsza) wagony są. I żeby to poważnie wyglądało, nie jedzie tylko jeden pusty wagon, ale pełny skład. Byłam w tym tygodniu na spotkaniu, na którym m.in. składano relację z wizyt studyjnych w szkołach Walii i Finlandii. Zwrócono uwagę na umeblowanie klas. - młodsze dzieci siedzą tam przy dużych, złączonych stołach, a centralnym meblem w klasie nie jest tablica i biurko nauczyciela (tego ostatniego nie ma). Tym samym dzieci od początku uczą się pracować w grupie. A u nas ławka, ewentualnie pół ławki. Jasno ograniczone terytorium - ty, twój zeszyt, twoje zadanie i twoje oczy zwrócone na siedzącego na tronie nauczyciela. Może rzeczywiście jest to jedna przyczyn nieistnienia społeczeństwa obywatelskiego (tak sugerował prelegent). Skończyłam szal dla Anki. Zużyłam jeden motek i ciut następnego (nie starczyło mi na kilka ostatnich rzędów) włóczki Himalaya Kasmir. Druty "4".
Brzeg zrobiłam za pomocą Elastic cast-off (nie wiem jak sobie moja babcia dawała radę bez Youtube.com). Idąc za ciosem mam zamiar z tego napoczętego motka zrobić jeszcze jeden Heartland Lace Shawl, tyle że mniejszy (jeden motyw mniej) - powoli zaczyna mi przeszkadzać moje muzeum włóczek. Z jednego takiego muzealnego obiektu zrobiłam mały "itemik" - fioletową Quincy, pasująca do szala od Gumisia.
Porządnie zrobiona Quincy jest nawet całkiem twarzową czapką. Cały myk polega na odpowiednim denku - ma nie ściągać czapki robiąc z niej szpiczaste "cuś", tylko nadawać jej "toczkowaty" kształt. Nikt mnie nie przekona, że koty są mądre. Mróz był taki, że wzięłam Sraluchę do domu. Nawet miałam w sobie zgodę, że jak jej się spodoba to tak zostanie. Myślałam, że w końcu do niej doszło, że teraz to ja ustalam reguły gry i że w jej interesie jest się ze mną "dogadać". Dałam jej wybór: kupiłam małą kuwetę, kupiłam dużą kuwetę, kupiłam trociny, kupiłam żwirek.
Bez różnicy. Nie dała się przekonać. Za radą Joanny wpisałam w gugle "kot nie robi do kuwety". Niestety wersja "kot robi gdzie popadnie" nie występuje - kłóci się z kreowanym przez kociarzy wizerunkiem. W tej sytuacji, jak tylko mróz trochę zelżał, wywaliłam ją z powrotem na dwór. Dawno nie byłam na tak dobrym filmie. Co wiesz o Elly to rzadko spotykana w naszych kinach perełka.
Nie rozumiem, dlaczego ten film przechodzi tak bez echa. Współczesny Iran. Grupa przyjaciół jedzie na kilka dni nad morze. Jest wśród nich niedawno rozwiedziony Achmed i zabrana dla niego "do pary", tytułowa Elly. Jest wesoło, beztrosko i tylko chusty na głowach kobiet mówią nam o tym, że to świat Islamu. Nagle wydarza się coś, co przewraca wszystko do góry nogami. I wtedy okazuje się, że gdy dzieje się coś naprawdę, spod zachodniej powłoczki natychmiast wyjmowane są klisze "tamtej", obcej nam kultury. Rewelacja! Drugi film już był całkiem zwyczajny.
Podobał mi się ten film, ale przede wszystkim dlatego, że była to dla mnie podróż sentymentalna. Opowieść o pierwszej miłości i o dojrzewaniu. W tle dyktująca warunki Historia lat 81-83, z tym, że na co dzień niewiele ona ludzi obchodzi, co najwyżej wykorzystują ją do swoich małych świństewek. I chyba to jest największą zaletą tego filmu - lata które zazwyczaj opowiadane są na patriotyczno - martyrologicznym zadęciu, opowiedziane są zwyczajnie, tak jak pamiętają ją świadkowie tamtych wydarzeń. W dodatku, co w polskich filmach rzadkie - nie wszystko jest dopowiedziane do końca, podsumowane wyjaśniająca rozmową, zakończoną dramatyczną kwestią. Ale czegoś brak - film nie porywa, ani nie urzeka. Niestety. Przeczytałam dobrą książkę:
Książka to hymn autorki na cześć Nowego Jorku. 400 stron o miłości i zachwycie, uczuciach jakie każdego dnia, budzi to miasto w autorce, która świadomie wybrała je jako swoje miejsce na ziemi. .Napisane tak, że czyta się z zapartym tchem. Zastanowiła mnie obserwacja tajemniczego C,: I nagle C. - autor wielu znakomitych reporterskich zdjęć - powiedział: "Turyści mnie zasmucają: oni zawsze chcą fotografować tylko to, co widzieli na pocztówkach i w przewodnikach. Ja robię zdjęcie tylko wtedy, kiedy wiem, że patrzę na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem". Całkiem długą chwilę posiedziałam w grafice gugli i pooglądałam fotografie Diane Arbus. Rzeczywiście robią wrażenie. Na dwie koniec ciekawostki. 1. Dostałam w mailu taką mapkę. Poszukałam w necie źródła, znalazłam tu.
2. Jedną ciotkę, co właśnie po trzech latach wróciła do kraju, zbulwersowało takie niewinne ogłoszenie: Posiadam do wynajęcia ładne, jasne mieszkanie 3-pokojowe, o powierzchni 68 m2 na os. Oświecenia, nowe budownictwo, łatwy i szybki dojazd do centrum, na m-cu szkoła, przedszkole, kościół ... Nazwała to przegięciem pały. W odpowiedzi posłałam jej takie ogłoszenie : 28m, okna na centrum Piotrkowa, wykończone pod klucz, kafle i armatura z Pewexu, 6 szwedzkich wind, internat ( w pobliżu ). Sprzedam katolikowi.
|
Archiwum
Zakładki:
Tu jestem
Tu byłam
Mój drugi blog
Blogują i drutują
|